Jak (nie) publikować, czyli wspominam swój debiut literacki

Pisać nie jest łatwo, ale bywa to pociągające. Publikować też nie jest łatwo. I tyle. Mnie udało się zadebiutować od razu powieścią i to w porządnym wydawnictwie. Czas opowiedzieć o tym, jak to się stało.

 

Publikować to jak stawiać pomnik

jak publikować - pomnik

Jest taka historia, może prawdziwa: Diogenes z Synopy, współczesny mojemu znanemu imiennikowi, chodził po Atenach i prosił wszystkich, by ufundowali mu pomnik. Wreszcie ktoś zapytał się go: „Po co to robisz?”

„Uczę się przyjmowania odmowy.”

Teraz wygłoszę ponadczasową mądrość: jeśli chcesz coś opublikować, Ty także ucz się przyjmowania odmowy. Nie chodzi o to, by odmowy oczekiwać, jak robił to Diogenes. On wiedział, że pomnika nikt mu nie postawi. Był znienawidzonym filozofem, który mieszkał w beczce. Można zgadywać, że nie pachniał zbyt ładnie, a co gorsza, irytował wszystkich wokół z pełną świadomością możliwych konsekwencji.

Ty nie zakładaj z góry, że poniesiesz porażkę. To tylko zabije Twoją motywację. W umiejętności przyjmowania odmowy chodzi o coś innego. Ale pozwól, że ubiorę to w konkret.

 

Historia pierwszej odmowy

jak publikować - pisanie

Był rok 2009, wynajmowałem pokój w domu przyjaciół w Oksfordzie. Moja żona tymczasowo przebywała w Polsce z naszą córeczką. Ponieważ jeszcze parę miesięcy wcześniej mieszkaliśmy razem, teraz nagle zacząłem odczuwać ich nieobecność. W uproszczeniu: nudziło mi się.

Nuda może być dobrym motywatorem, a ponieważ czułem się mocno zainspirowany legendą arturiańską, siedziałem w bibliotece (miejskiej, nie uniwersyteckiej), badając jej historyczne tło. Rozmawiałem też z przyjaciółmi o tym, jak wracam do pisania, jakie mam pomysły itd.

Wtedy ktoś polecił mi, że może warto uderzyć do wydawnictwa. Padła nawet sugestia, do jakiego konkretnie. Pisałem już wtedy moją powieść historyczną, ale w szufladzie trzymałem starszą, napisaną na studiach. Postanowiłem ją odkurzyć, poprawić i wysłać.

Wydawnictwo było bardzo uprzejme. Nie czekałem szczególnie długo. Odmowa była kulturalna i nawet do pewnego stopnia motywująca. Właściwie trochę jej nawet oczekiwałem.

Miałem na tapecie coś, co uważałem za znacznie bardziej atrakcyjne dla czytelnika. Przygodę, historię, popularną legendę. Opowiastka o dwojgu młodych ludzi na polskiej, zabitej dechami prowincji, nie mogła się z tym równać.

Nie zniechęciłem się do publikowania. Ale też nie naciskałem; w sumie tamtą powieść wysłałem może w jeszcze jedno miejsce. Nigdy też nie wróciłem do tamtego tekstu. Czy słusznie? Nie wiem.

 

Publikować, ale z determinacją

jak publikować - obraz rycerza i damy (pasowanie)

Edmund Blair Leighton –
L’Adoubement (Pasowanie)

Skończywszy „Króle i bogi” po niemal roku badań i roku pisania, wiedziałem już, że tym razem moja powieść po prostu musi pójść. Byłem zdeterminowany. Nadal mieszkałem na Wyspach, choć już na tej mniejszej, a moja rodzina dołączyła do mnie. Załatwianie publikacji “przez internet” wydawało mi się czymś dziwnym. Stale czekałem na maila o treści “no, ale musi pan tu przyjechać!” Takiego maila nigdy nie było.

Nie pamiętam, ile wydawnictw wyszukałem. Pewnie kilka. Nie pamiętam kryteriów. Pewnie żadnych nie było. Grunt, że gdzieś na początku 2010 dostałem odpowiedź z Pallottinum. Jakaś reorganizacja w wydawnictwie, nowa dyrekcja, nowe pomysły – pasowałem im do odświeżanego portfolio. Chcieli mnie wydać.

Nie miałem pojęcia o tym, w co się pakuję i z czym to się wiąże. Jak większość debiutantów. Szykowałem się na długie dyskusje o książce, na żywiołowe reakcje, na propozycje i sugestie. Tymczasem na pewien czas po pierwszej deklaracji zapadła taka dziwna cisza…

 

Publikować – tak, ale po co…?

Wkrótce okazało się, że w wydawnictwie trwało jakieś przegrupowanie. Gdy ksiądz redaktor (dobrze czytasz) znalazł wreszcie redaktorkę, która mogła poświęcić mi trochę czasu, był już kwiecień. Nie uwierzyłbym wtedy, że zaledwie pięć miesięcy dzieli mnie od premiery. Nie po takim spowolnieniu na początku. Ale gdy dwie panie (druga zajmowała się korektą) wzięły mój tekst w obroty, poszło zaskakująco szybko.

Trzy, może cztery wymiany maili z kolejnymi wersjami wystarczyły. Pierwszego czerwca 2010 dostałem w zasadzie gotową już wersję – z czcionkami, paginacją itp. Brakowało tylko okładki.

Ku mojemu zdziwieniu na żadnym etapie nie było poważnej rozmowy o treści. Tekst wydawnictwo przyjęło bez słowa komentarza (poza stwierdzeniem, że się podoba). Miałem poczucie, jakbym wykonał koło zębate, które zamontowano w gotowym mechanizmie. Żadnej finezji, żadnej (a fe!) sztuki. „Działa?” Skoro działa, to nie ma o czym gadać.

Tylko, czy aby na pewno działa? Z perspektywy siedmiu lat wcale nie mam takiej pewności. Widząc, ile poprawek w strukturze powieści wprowadzam obecnie, nie chce mi się wierzyć, że jakość „Króli…” była najlepsza z możliwych.

jak publikować - dla pieniędzy (monety)

Czas na zmianę tematu. Co z pieniędzmi? Nie napisałem nic o pieniądzach! Bo też i rozmowy o wynagrodzeniu prowadziłem z Pallottinum w wysoce nieprofesjonalny sposób. To znaczy, to ja byłem nieprofesjonalny, a oni po prostu wyluzowani.

W jednym z maili (jeszcze przed pracami redakcyjnymi) pojawiło się pytanie: „Jakie wynagrodzenie dla autora? Jakaś Propozycja?” To było pytanie do mnie – czyli oczekiwali, że zaproponuję stawkę sam dla siebie. Nie miałem pojęcia, co im podać.

Kilka maili później, wyliczając na kolanie, że jakieś 5zł od egzemplarza mogłoby trafić do mojej kieszeni, byłem w stanie zaproponować kwotę. Negocjacje nie były długie i, o ile dobrze pamiętam, pomogły też wydawnictwu określić się co do planowanego nakładu. Ostatecznie dostać miałem więcej, niż się spodziewałem, a nakład wzrósł z 500 do 1000 egzemplarzy.

Kwota? Dziś tyle dostaję za miesiąc pracy. Na rękę.

Czytając wypowiedzi innych debiutantów, zastanawiam się: jakim cudem poszło mi tak gładko? Co zrobiłem dobrze? Przyjmuję do wiadomości, że mogłem napisać po prostu niezły tekst. Może temat i sposób jego ujęcia pomogły. Może wreszcie miałem tzw. szczęście. (Choć akurat w szczęście nie wierzę, ale to sprawa na inną okazję.)

Ale jak wyciągnąć z tego przepis na sukces?

Nasuwa mi się tylko jeden wniosek: przepisu nie ma.

 

Ostatni zakręt i co było za nim

jak publikować - plakat (podarty)Umowa nie dała się wertować, bo mieściła się na jednej stronie. Warunki finansowe były ok, jak na moje ówczesne oczekiwania. Redakcja i korekta poszły gładko i bez zastrzeżeń. Czego więcej potrzeba do szczęścia?

Jednego. Małego szczegółu.

Czytelników.

To nie przypadek, że słowo „publikowanie” pochodzi od słowa „publika” – książki wydaje się po to, żeby ktoś je czytał. (Tak tak, ten cytat możesz wypalić w deseczce i powiesić sobie nad łóżkiem.) Nawet milion wydrukowanych kopii nie zda się na wiele, jeśli nie będzie miliona czytelników, którzy po nie sięgną.

Rozumiesz chyba, że nie miałem presji finansowej. Zainkasowałem moją gażę z góry i teraz był czas, aby wydawca martwił się resztą. Ale kiedy wypuszczasz dziecko do szkoły po raz pierwszy, stoisz w oknie tak długo, jak długo jesteś w stanie rozróżnić jego sylwetkę. A potem kolejnych 10 minut, żeby upewnić się, czy nie wraca.

Pierwsze zaskoczenie pojawiło się, gdy Pallottinum nie dogadało się z Empikiem. (Potem, przeczytawszy parę artykułów na temat praktyk tej sieci, zrozumiałem dlaczego.) Wtedy było tylko uczucie zawodu. Jak to? Nie będzie mnie w Empiku?

Zaraz okazało się, że nie tylko nie w Empiku, ale i w innych (o, jakże licznych) sieciach. Dystrybucja przeniosła się do internetu. To rzeczywistość, która czyha na wielu debiutantów, ale dla mnie było to absolutnym novum. Nie bardzo wiedziałem, co z tego wyniknie. Czy ktoś teraz w ogóle kupi moją powieść? Przypominam, był rok 2010. Rynek sprzedaży internetowej nie był jeszcze tak powszechny.

O promocji nie było specjalnie mowy. Siłami krewnych i znajomych zorganizowałem dwa spotkania autorskie, gromadząc może 30 osób w sumie. Na trzecie spotkanie zabrakło mi motywacji. Dla 10 kolejnych starszych pań…? Nie miałem na to ani pomysłu, ani sił.

Jednocześnie na świat przyszła nasza druga córka, zacząłem nową pracę (nareszcie w Polsce) i… życie poszło swoją drogą. Mogę obnosić się z emblematem „pisarz”, parę osób powiedziało dużo naprawdę ciepłych słów na temat mojej książki. Myślę, że na swój sposób był to sukces. Na swój sposób.

Ale nie taki, jakiego oczekiwałem.

Dlatego piszę dalej.


Tekst jest nawiązaniem do wywiadu z Magdaleną Bieniek, który opublikowałem w minionym tygodniu: Wrażenia autorki „vanity.” Zapraszam Cię do przeczytania obydwu tekstów. Temat publikacji będzie jeszcze poruszany na tym blogu, więc możesz spodziewać się więcej wpisów dotyczących wydawania książek.

Zapisując się na mój Newsletter masz pewność, że nie nic nie przegapisz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.