Mistrzowie

O moich Mistrzach piszę w porządku chronologicznym. Po latach nie da się stwierdzić, kto wywarł na mnie większy wpływ. Ale można powiedzieć, kiedy.

 

Stanisław Lem

Stanisław Lem

Do dziś w moich oczach największy wśród twórców science-fiction. To dzięki niemu dowiedziałem się, że na skrzyżowaniu nieokiełznanej wyobraźni, głębokiej filozofii i pasji snucia opowieści znajdują się największe skarby. Choć przez lata nie potrafiłem tego nazwać, od czasu „Odruchu warunkowego” nieustannie szukam Świętego Graala właśnie w tamtej okolicy. Choć właściwie przeczytałem tylko kilka jego powieści, felietony Lema pochłaniałem namiętnie do ostatnich jego dni na tym świecie. Teraz czekam na jego powrót z gwiazd.

 

 

J.R.R. Tolkien

JRR TolkienNiepomijalny Arcymistrz wszystkich fantastów. Także tych, którzy się do niego nie przyznają. Cieszę się, że od niego zacząłem moją przygodę z fantasy. Duchowa więź, która mnie z nim łączy, nie pozwala napisać mi wiele więcej. Cieszę się, że w pewne chłodne przedpołudnie 1 listopada mogłem symbolicznie zapalić świeczkę na jego nagrobku.

 

 

Andrzej Sapkowski

Andrzej SapkowskiCzłowiek, który przekonał mnie, że inspiracji nie trzeba szukać za morzami. Miałem to szczęście, że poznałem Wiedźmina zanim to stało się modne… I momentalnie okrucieństwo i realizm tej literatury zaczęły przenikać do moich pierwszych literackich prób. Co ciekawe, jego opracowanie literatury fantastycznej „Rękopis znaleziony w smoczej jaskini” stało się dla mnie pewnym drogowskazem na kolejne czytelnicze lata. Za to również wielkie dzięki!

 

 

Feliks W. Kres

Feliks W. KresJeden z kilku wspaniałych, założycieli Klubu Twórców (znanego też jako Klub Tfurcuf). Miesięcznik literacki „Feniks” przez ładnych parę lat kreował mój gust i przybliżył mi niesłychany kunszt tego pisarza. Choć Kres pisał rzeczy tak brutalne, że do dziś mam ciarki, jego styl nadal mnie zachwyca. Nie tylko styl snucia wartkiej opowieści, ale także (a może przede wszystkim) kunszt obróbki słowa.

 

 

C.S Lewis

C S LewisLast but not least, chciałoby się napisać. Po (wielu) latach wykonałem wielką pętlę i wróciłem do twórczości Inklingów. Lewis to stosunkowo późne odkrycie, ale najbardziej chyba wstrząsające. Przeczytane dużo wcześniej „Lew, czarownica i stara szafa” nie zostawiły we mnie zbyt wiele, dlatego późniejsze dotarcie do „Z milczącej planety” traktuję jako pierwsze prawdziwe zetknięcie z tym autorem. To była książka, której wtedy potrzebowałem. „Perelandra” podniosła poprzeczkę mojego wyobrażenia o tym, co może być tematem powieści science-fiction. A „Ta ohydna siła” postawiła kropkę nad „i”. Wplecenie mitu arturiańskiego w chrześcijańską eschatologię tak mnie zachwyciło, że nareszcie doprowadziłem do końca (do wydania) swoją pierwszą powieść.