Po piśmie Dukaja

Przeczytałem „Po piśmie” Dukaja. Miałem mnóstwo przemyśleń. Chciałem poznać przemyślenia innych, ale w sieci pełno ogólników. Recenzje ograniczają się do peanów, w dodatku zdaje się umykać im główny zamysł autora. Poczułem się jak człowiek, który na pustyni znalazł diament – i nie ma nawet komu go pokazać.

Zdecydowałem się więc pójść drogą Inklingów. Skoro nie ma tekstów, które chciałbym przeczytać, muszę taki tekst napisać sam. Więc piszę. Póki jest czym.

Poza pismem

A z każdym kolejnym akapitem „Po piśmie” miałem coraz większe poczucie, że już niewiele nam pozostało. Oczywiście pisma. Dukaj widzi już (i ja z nim) nadchodzący postpiśmienny świat „transferu przeżyć”, którego jaskółki (jak selfie, VR i Facebook Live) zadomowiły się w naszych realiach i widujemy je na co dzień.

po piśmie - selfie

Diagnoza sama w sobie wydaje się nie podlegać dyskusji. Znaleźliśmy coś alternatywnego względem pisma. Coś, co ma szansę je zastąpić. Coś, co jeszcze się nie nazywa i pewnie nazywać się w ogóle nie musi, bo nie należy do świata rzeczy nazwanych. I od razu widać największą mentalną przemianę, jakiej stopniowo się poddajemy:

… Bo czym jest „transfer przeżyć”? Czym jest „przeżycie”? Jeśli je określimy, stracimy je. Kultura pisma, która nas wychowała, jest kulturą nazw, definicji, dookreśleń, abstrakcji. Kultura postpiśmienna odrzuca te narzędzia jako zbędne. Czy tytułujesz swoje selfie z wieżą Eiffla? (Jak? „Wieża Eiffla”? Czujesz chyba bezsens takiego nazwania).

Przeżycie nie wymaga słów. W tym sensie można je zdefiniować negatywnie: jeśli potrzebujesz słów, nie masz już do czynienia z przeżyciem. W każdym razie nie tylko z przeżyciem. Przeglądam ciąg zdjęć na WhatsAppie i doświadczam tego, o czym pisze Dukaj. Nie muszę Ci tego opisywać, zajrzyj na Fejsa. Przejrzyj memy, które ostatnio wysłali Ci znajomi. To, że są na nich komiksowe dymki, jest łabędzim śpiewem pisma. Wynika z ograniczeń technologii.

Takie jest moje streszczenie „Po piśmie” Dukaja. Teraz już wiesz, o co chodzi – brnę więc dalej.

Poza Dukajem

Jestem całkowicie pod wpływem tego, co Dukaj napisał. Smakuję jego tekst, rozkoszuję się jego myślą. A jednak nie obeszło się bez kilku zgrzytów. Jako pierwszy przytoczę ten, który dominuje w całej twórczości Dukaja (wrażenie subiektywne): totalność jego wizji.

Czy totalność może być grzechem autora, który z immersyjności swoich tekstów zrobił znak handlowy? Może, jeśli podstawowe tezy, fundamenty wizji są skłamane. Problem z Dukajem jest taki, że na tym fundamencie stoi już wspaniała katedra i nie jest łatwo do fundamentu zejść. Jedynie subtelne znaki, jak lekkie wychylenie, nadmierna rozwartość niektórych kątów, mogą podpowiedzieć, że coś jest nie tak u podstawy.

Dukaj jest wizjonerem. Jest też niezwykle przekonujący.

Ale układa mozaikę tak skomplikowaną, że po ludzku nie da się dopasować wszystkich jej elementów. Z bliska zawsze okazuje się, że ten czy inny kamyk ma jednak nieodpowiedni odcień. Oczywiście można (trzeba) na mozaikę patrzeć z dystansu. Ale przecież nie po to Dukaj napisał „Po piśmie”, by jedynie go podziwiać.

Tam, gdzie w tekstach z gatunku fikcji jakoś naturalniej rozkładają się u Dukaja akcenty, w formie eseju widać łatwość wkraczania w skrajności. Oczywiście, że esej poniekąd taki być musi. Jeśli nie zastosuje się jaskrawych barw – główna myśl ulega zniuansowaniu i trudno wypatrzyć ją pośród gry światłocieni.

Krytykuję więc, choć podejrzewam, że lepiej być nie mogło. Ale też krytykuję, bo wiem, że krytyka to ruch naprzód, nie wstecz. Nie byłoby mojej krytyki, gdyby nie było jej przedmiotu. Nie ma przebaczenia bez winy, odkupienia bez grzechu.

Zatem punktując słabe strony „Po piśmie”, nie odrzucam jego głównych tez. Dukaj poprawnie dostrzega trend, przedłuża go też we właściwą stronę. Czasem jednak dociąga za daleko, nie uwzględniając trendów przeciwnych i wypływających z innych źródeł.

Poza tekstem

Warunkiem sine qua non postpiśmiennej kultury jest technologia umożliwiająca bezpośredni transfer przeżyć. Diagnoza Dukaja wydaje mi się słuszna: jak tylko będzie się dało wyjść poza tekst w przekazie swoich doznań, skwapliwie z tego skorzystamy. YouTube czy powszechna wysyłka zdjęć (w dziesiątkach dostępnych form i mediów) są dla mnie dostatecznym dowodem.

Tym, w co powątpiewam, jest możliwość wyjścia poza język. Dukaj nie pisze o tym wprost – pewnym mankamentem jego wywodu jest niepełne oddzielenie „języka” od „pisma”. Wydaje się, że raz pismo oznacza słowa, dźwięki niosące znaczenia, a kiedy indziej tzw. „myślunek” pisma, czyli bardziej przecięcie kultury z mentalnością. Coś trudniejszego do uchwycenia.

(Język zakłada istnienie symboli. Znak jest symbolem dźwięku, słowo odwołuje się do jakiegoś pojęcia. Dukaj sugeruje odejście od symboli jako zbędnych pośredników w przekazie przeżyć. Odejście od symboli musiałoby się wiązać z odejściem od języka, nie od samego pisma, bo już słowo wypowiedziane niesie znaczenia i stanowi element kodu. W niektórych miejscach wywodu Dukaja zauważam niekonsekwencję, jeśli chodzi o to, jak miałoby wyglądać użycie języka w postpiśmiennej kulturze.)

Pojęcia „pisma” i „języka” nie są tak łatwe do oddzielenia.

Ten brak jednoznacznego rozdziału znacząco utrudnił mi odbiór, a obawiam się, że i przekaz samemu autorowi. Jeśli kultura pisma jest kulturą postoralną, to język nie jest ograniczony do kultury pisma. Język bowiem był tworem kultury oralnej (a dokładniej: kultura oralna była tworem języka). Kultura pisma jedynie oddzieliła język od sytuacji spotkania (w kulturze oralnej, żeby z kimś porozmawiać, musiałeś stanąć z nim twarzą w twarz; w kulturze pisma możesz nigdy go nie spotkać).

Zatem przebijające się tu i ówdzie w „Po piśmie” sugestie, jakoby transfer przeżyć miał wyrugować nie tylko pismo ale i język, są zdecydowanie przesadzone. Powtórzę, że Dukaj nie mówi nigdzie wprost o wyzbyciu się języka z postpiśmiennej kultury. Jednak sposób podania czytelnikowi zagadnienia „bezpośredniego transferu” taki właśnie stan rzeczy sugeruje.

Mój zarzut sprowadza się tutaj do braku jednoznaczności w stawianych tezach, niekoniecznie do błędnego wnioskowania (być może pewną rolę grają tu moje własne ograniczenia).

Poza materią

Technologia przyszłości nie może się obyć bez wyjścia poza ciało. Transfer przeżyć wymaga, ale i powoduje całkowitą niekonieczność fizycznego bytowania. To znaczy: skoro mogę doznać odwiedzin w Tadż Mahal bez lotu do Indii, to po co lot, po co samolot, po co fizyczne „ja”?

A jednak jeszcze nigdy w historii ludzkości brak potrzeby nie spowodował braku zainteresowania. W jakiś sposób relikty przeszłości pozostają z nami pomimo obciążenia, które stanowią. Zmienia się ich charakter, czasem drastycznie – ale nie ulegają anihilacji. Przykład? Jazda konna – kiedyś konieczność, dziś sport. Hodowla zwierząt domowych – dawniej pragmatyka, dziś rekreacja. Czy mój pies jest mi niezbędny? Nie jest. Od kilku pokoleń nie pełni praktycznej funkcji. A jednak domowy pies czy kot jest wpisany w naszą kulturę.

Z jakiegoś powodu nie rezygnujemy z rzeczy zbędnych.

Wydaje się, że takie „kotwice fizyczności”, dziś sprawiające wrażenie drobiazgów, z czasem w sposób bardziej widoczny staną na drodze do rozstrzygnięcia „trzeciej wojny światowej ciała z umysłem”. Postuluję totalną przewlekłość tej wojny bez możliwości zwycięstwa którejkolwiek ze stron.

Mój zarzut odnosi się w tym miejscu do pewnej idealizacji trendu – sądzę, że typowej dla Dukaja. Zdaje się on destylować przemiany ad absurdum i, choć pozostają one technicznie możliwe, przesuwa je poza granice zdrowego rozsądku. Jest to genialne ćwiczenie wyobraźni, ale w kontekście futurologii – po prostu przesada.

Poza religią

Kolejny z wątków, które chcę poruszyć, to wątek religii. Na chwilę podejmuje Dukaj myśl wyjścia poza religię w kontekście niemożliwości przetrwania „religii księgi” w postpiśmiennej kulturze. Jak na autora, który motywami chrześcijaństwa zajmuje się w tak wielu tekstach, tutaj zaskakująco pobieżnie prześlizguje się po temacie.

po piśmie - luke

Teza jest dość oczywista: religie pisma, czyli judaizm, chrześcijaństwo i islam zależne są od tekstów. Jeśli wyeliminuje się tekst z kultury, jednocześnie wyeliminuje się możliwość dalszego praktykowania tych religii. Upada fundament: prawo; upada abstrakcyjne pojęcie „dobra” i „zła”; upada idea – Logos – Bóg. Pozostają przeżycia, które są przecież indywidualne (kult nie może być indywidualny) i jednocześnie doskonale kopiowalne (więc dostępne dla ludzi spoza danej religii).

Nie znam Nietzschego dość dobrze, by jednoznacznie wskazać tu jego wpływy. Sam Dukaj robi to za mnie, powołując się na niemieckiego filozofa wprost i w cytatach. Wnioskuję, że Nietzschego jest jeszcze więcej tam, gdzie niekoniecznie został przywołany.

Dlaczego jest to istotne? Przypomina mi się stary dowcip, w którym pod cytatem: „Bóg umarł. Nietzsche” ktoś dopisał „Nietzsche umarł. Bóg”. Postulat o śmierci Boga najwyraźniej przez samego Boga pozostał niezauważony. A przynajmniej od półtora wieku skutecznie ignorują ten fakt ci, którzy mówią o sobie „wierzący”. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że taki sam los czeka hasło „Religia umarła. Dukaj”.

Wchodząc w temat nieco głębiej, muszę już wybrać ścieżkę judeochrześcijańską, jako że islam nie jest mi akurat szczególnie znany. Nazywając judaizm „religią pisma” możemy łatwo przeoczyć fakt, że Bóg jest „Bogiem Abrahama, Izaaka oraz Jakuba” – trzech niepiśmiennych patriarchów. Judaizm wcale nie jest więc „religią pisma”, ale raczej oralną religią, która do pisma została zaadaptowana (zresztą osobiście przez samego Boga na górze Synaj).

Dlaczego religia nie może dostosować się do nowych czasów?

Chrześcijaństwo zrodziło się już w kulturze pisma, niemal od początku funkcjonując w oparciu o epistografię św. Pawła i Ewangelie. Oczywiście było też zakorzenienie w tekstach judaistycznych – tym bardziej nie ma więc wątpliwości, że chrześcijaństwo na miano „religii pisma” zasługuje znacznie bardziej, niż judaizm.

Skoro jednak przejście od oralnej do piśmiennej formy nie tylko pozwoliło judaizmowi przetrwać, ale i rozkwitać, dlaczego podobny los nie miałby towarzyszyć „religiom pisma” po adaptacji do „religii transferu przeżyć”? Dukaj zdaje się pozostawać wobec tego pytania bezradny i dlatego zapewne ogłasza rychłą śmierć chrześcijaństwa.

Tymczasem ze swojej perspektywy już obserwuję taką adaptację. Chrześcijaństwo doskonale czuje się na YouTubie, a Msza Święta jest świetnym przykładem duchowego „transferu przeżyć” wprost z Ostatniej Wieczerzy. Przesada? W kontekście „Po piśmie” już się nią nie wydaje. Śmiało – gimnastykujmy nasze umysły dalej.

Poza tożsamością

Na koniec Dukaj pozostawia nas z myślą o końcu „tożsamości”. Jeśli jesteśmy sumą naszych przeżyć, to skrajnie bezproblemowy i „szerokopasmowy” ich transfer pozwoli zatrzeć wrażenie rozdzielności między „mną” i „tobą”. Umożliwi wyjście poza siebie.

Trochę przewrotnie można tu zacytować: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (List do Galatów 3, 28). Czyżby Dukaj prorokował to samo, co wcześni chrześcijanie głosili dwadzieścia wieków wcześniej?

Kwestia rozważań, czym jest „ja”, nie jest nowa i wydaje się, że zmiana cywilizacyjna, o której pisze Dukaj, jedynie pozwala popatrzeć na nią z innego kąta. Pismo „zatrzasnęło” tożsamość w pamiętnikach, listach i innych „obiektywnych” bytach materialnych (aż dziw, że Dukaj nie odwołał się do historii Egipcjanina Sinuhe, która może posłużyć do zobrazowania problemu oddzielenia fikcyjnego „ja” tworzonego od rzeczywistego „ja” opisywanego).

Wcześniej „ja” istnieć miało tylko subiektywnie, w obecności drugiej osoby (jestem tym, kim mnie widzisz; uważasz mnie za uczciwego, więc jestem uczciwy). Kultura oralna wymagała bowiem zetknięcia „ja” z drugim człowiekiem.

Pismo pozwoliło oddzielić obiektywną tożsamość od fizycznej osoby.

Z kolei kultura postpiśmienna miałaby całkowicie niweczyć „obiektywizm”, ponieważ nie opiera się na faktach, ale na doznaniach (przeżyciach). W tej sytuacji „ja” jest w ciągłym ruchu, można powiedzieć – w dryfie.

Tu wraca temat „fizycznych kotwic”. Pierwszą i zarazem ostatnią z nich jest ciało – czy naprawdę możemy oderwać się od niego? Czy przeniesiemy się do wygodnych kokonów z „Matriksa” na własne życzenie? A jeśli nawet – czy pozwoli nam to całkowicie wyeliminować realia tego, że „ja” to jednak nie „ty”?

Ciało pociąga za sobą całą masę „zakotwiczeń”: rodzicielstwo, geny, choroby… Można wyobrazić sobie świat bez nich, ale czy można w taki świat uwierzyć?

Dukaj dociera na szczyt „śmierci tożsamości” i tam wbija swój proporzec, by w chwili refleksji podziwiać widok tego, co za nim. Jest to szczyt możliwy. Ale tak jak nie każdy wchodzi na Mt. Everest, tak nie sądzę, by cała cywilizacja kroczyła tą drogą.

Wracam do argumentu „totalności wizji” Dukaja, od której zaczynałem swoje rozważania. Wydaje się, że totalność ta wymagała wspięcia się tak wysoko. I niczym Mallory, Dukaj wszedł na ten szczyt, „ponieważ tam był”. Możemy wejść i my, możemy zobaczyć, jaką cywilizację stamtąd widać. A potem zejść z powrotem, bo tak podpowiada zdrowy rozsądek. Bo jakoś tak się składa, że nie trzymamy stosów atomowych w kuchenkach i nadal wyprowadzamy swoje psy na spacer.

Nie wiem, dlaczego.

po piśmie - pies

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.